piątek, 20 lipca 2012

Gdy nudno Ci w małżeństwie.

Pamiętasz tego mężczyznę, który ubiegał się o twoją rękę? Ten dreszcz emocji, niepewności i zaciekawienia, jak będzie wyglądało wasze wspólne życie? Historia każdej miłości jest inna, ale  nieodmiennie towarzyszy jej nadzieja na wspanialsze jutro...


Często podczas uroczystości ślubnych życzy się nowożeńcom, aby to, co ich łączy, pozostało niezmienione za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Pewien ksiądz skomentował te życzenia w następujący sposób: "Nie można życzyć młodej parze, by kochali się za 50 lat tak samo jak w dniu ślubu, bo w miłości nie ma stagnacji. Należy chcieć dla nich, by kochali się jeszcze mocniej, dojrzalej i piękniej".

Jednak bardzo często w naszych myślach ideałem związku jest ten początek, ten cudowny początek, w którym doświadczasz bezdechu na myśl o swoim wybranku. Właśnie ON jest tym, który najlepiej cię rozumie, który dostrzega w tobie piękno i dobro, których ty tak często nie potrafisz sama w sobie zauważyć. To ON sprawia, że świat wiruje, że życie ma sens, a ty jesteś zdobywaną księżniczką, z początku trochę nieufną, ale z biegiem czasu coraz bardziej przekonaną i szczęśliwą. Nie mówiąc już o tych pierwszych, tęsknych pocałunkach, dających przedsmak tego, co dopiero nastąpi - gdy przed Bogiem powiecie sobie sakramentalne "tak".

No właśnie... Jak to jest zatem możliwe, że po wymarzonym "tak" wiele kobiet (po wcale niewielu latach małżeństwa) stwierdza z rozżaleniem, że ich życie z mężem to już tylko rutyna. Że życie żony sprowadza się do gotowania, prania, prasowania, sprzątania, chodzenia do pracy z krótszą lub dłuższą przerwą na urodzenie i odchowanie dziecka (ewentualnie dzieci). Że ten cudowny ON jest... po prostu sobą! I ten ktoś - czyli mąż - staje się nagle jakiś taki obcy i przeraźliwie nudny! Bo już nie dostarcza ci przygód, romantyczności, wspólnych rozmów, długich, namiętnych pocałunków czy takiego wsparcia, jakiego byś oczekiwała. Czujesz, że małżeństwo cię ogranicza, a macierzyństwo wręcz uziemia, bo już nie możesz tak dużo i często jak kiedyś: podróżować, pracować, czytać, spać, imprezować, chodzić do kościoła, uprawiać sportu czy chociażby... siedzieć w wannie.

Sądzę, że jest to droga prowadząca donikąd: gdy żona skupia się na sobie i swoich odczuciach tak bardzo, że przestaje zabiegać przede wszystkim o dobro swojego męża. To skupienie na sobie nie musi polegać jedynie na egoizmie, cynizmie czy braku odpowiedzialności. Może ono przybrać bardziej ukrytą formę, np. męczeństwa ("wszystko jest na mojej głowie"), cierpiętnictwa ("nikt mnie nie docenia") czy pseudoreligijności ("Bóg jest po mojej stronie, a mój mąż to kompletny ignorant i na niczym się nie zna").

Nieustanne skupianie się na sobie prowadzi do nudy, a w końcu do rozpaczy. Nie wierzysz? Rozejrzyj się wokół i zauważ celebrytów, którzy mają to wszystko, o czym ty możesz tylko pomarzyć. Myślisz sobie: "ech, byłabym szczęśliwa, gdybym miała dom na Karaibach, gdyby mój mąż był milionerem, gdybym mogła do woli podróżować, gdybym mogła pozwolić sobie na operację plastyczną lub choćby na comiesięczną wizytę u fryzjera i kosmetyczki". Niestety, nieograniczone doświadczanie przyjemności nie jest wyróżnikiem człowieka szczęśliwego.  Rozwody, narkotyki, niezliczone perwersje, a w końcu - śmierć w samotności są zbyt częste wśród "wielkich tego świata", aby łudzić się, że swoboda, niezależność i brak zobowiązań (zwłaszcza w połączeniu z dużymi pieniędzmi) są receptą na ciekawe i spełnione życie.

Nigdy nie przyszło (i nadal nie przychodzi) mi do głowy narzekać na rutynę w małżeństwie, choć w porównaniu z wieloma innymi żonami prowadzę życie nader spokojne. Na zewnątrz niczym szczególnym się nie wyróżniam, ale w głębi swojej istoty wciąż  jestem w ruchu. Życie wokół mnie dojrzewa i kwitnie, ponieważ przyjmuję je takim, jakim jest, a nie - jakim chciałabym, aby było.

Największą zaś radość sprawia mi wspieranie mojego męża. To jest mój cel jako żony, a zarazem źródło, z którego płynie dla naszego małżeństwa mnóstwo zaskakujących przygód i jeszcze więcej satysfakcji (mojej i jego). Jeśli choć raz zaczniesz wyszukiwać okazje, by na różne sposoby pomagać twemu mężowi (zamiast ciągle oczekiwać pomocy z jego strony), zapewniam cię, że już z tego przywileju nie zrezygnujesz. Odczujesz bowiem spokój, który płynie z biblijnej obietnicy: "Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły. Serce małżonka jej ufa, na zyskach mu nie zbywa. Nie czyni mu źle, ale dobrze przez wszystkie dni jego życia" (Prz 31,20-12). I wiesz, co jest konsekwencją takiego postępowania? "Powstają synowie, by szczęście jej uznać, i mąż, ażeby ją sławić" (Prz 31,28). Tak! Bo tylko kobieta, która postanowi być pomocą (a nie utrapieniem) dla swojego męża osiągnie szczęście, którego nigdy nie zazna żona swarliwa, płaczliwa, rozżalona i gnuśna!

Zbyt wiele żon popada w marazm, zniechęcenie, znudzenie i rutynę, ponieważ zatraciło ducha, by ochoczo i zalotnie zabiegać o względy swego męża. Pamiętasz, co sprawiało, że twój mąż czuł się przy tobie dobrze, gdy nie byliście jeszcze małżeństwem? Być może jako narzeczona śmiałaś się z jego żartów (a teraz prychasz z pogardą myśląc "ale błazen"), chłonęłaś każde jego słowo (teraz przerywasz mu w połowie zdania przypominając, że ma wykąpać dziecko), przyjmowałaś jego milczenie jako oznakę tajemniczości i głębokiego życia duchowego (teraz ciągle zasypujesz go pytaniami "o czym myślisz?", a gdy odpowiada - zresztą zgodnie z prawdą, że: "o niczym", obrażasz się), wierzyłaś w jego możliwości, wspierałaś w postanowieniach (teraz po mistrzowsku krytykujesz wszelkie jego aspiracje, marzenia i pomysły).

Oczywiście możesz odpowiedzieć: "stałam się taka przez niego!". Mnie jednak bardziej ciekawi wpływ, jaki mogłabyś wywrzeć na swoim mężu, gdybyś postanowiła go najnormalniej w świecie... uwieść. Żyjemy w dziwnych czasach, w których młode dziewczęta są gotowe zrobić wszystko, by jakiś młokos poczuł się przy nich jak "prawdziwy mężczyzna", zaś tyle "porządnych" żon poprzez swoje ciągłe narzekanie, pretensje, rozdrapywanie ran i zamęczanie drobiazgami wręcz okalecza mężczyzn, czyniąc z nich jakiś dziwny gatunek mężów: wycofanych, złośliwych, obojętnych. Żona staje się ofiarą, a mąż tym okropnym, nieczułym draniem.

Aby tego uniknąć, już na początku małżeństwa powzięłam postanowienie, że będę zabiegała o względy mojego męża i że nigdy nie dopuszczę do swego serca myśli, że "jestem taka biedna! trzeba mnie więc ciągle adorować, pomagać mi i podnosić na duchu". I dlatego nawet gdy sprzątam, gotuję, prasuję czy robię inne tego typu rzeczy, (które sprawiają mi dość dużą trudność ze względu na mój specyficzny, dość choleryczny temperament), odczuwam prawdziwą, głęboką radość wiedząc, że to naprawdę bardzo pomaga mojemu mężowi. Nie należy on bowiem do tego rodzaju mężczyzn, którzy pasjonują się pichceniem, myciem podłóg czy zaprowadzaniem codziennych, niekończących się porządków. On wręcz tego nie znosi! Odkryj zatem dziedziny, w których twój mąż szczególnie cię potrzebuje i weź się w garść. Niech Słowo Boże będzie dla ciebie główną motywacją: "Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana, a nie dla ludzi, świadomi, że od Pana otrzymacie dziedzictwo [wiekuiste] jako zapłatę" (Kol 3,23-24).

Bycie żoną to także troska o własne wnętrze. Jeśli  trawi cię rutyna, nie oskarżaj o nią swego stanu cywilnego, ale własne lenistwo i brak większych ambicji. Tak wiele kobiet myśli, że byłoby szczęśliwe, gdyby... No właśnie, gdyby co?  Gdyby miały innego męża???!!! Nie jest to dla nikogo tajemnicą, że nemo cententus sua sorte - nikt nie jest zadowolony ze swego losu. Lecz Bóg nie żąda od ciebie, abyś robiła  c o   i n n e g o, ale byś robiła  i n a c z e j. Czasami, gdy ogarnia mnie zniechęcenie (otóż wiedz, że to normalny stan na drodze każdego powołania), wówczas piszę na kartce i noszę przy sobie słowa Jezusa Chrystusa: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny" (Łk 16,10) lub "Byłeś wierny w małych rzeczach, nad wielkimi cię postawię" (Mt 25,23).

Nie prowadzę warsztatów dla żon, ponieważ jestem: mądra, wykształcona, wygadana, atrakcyjna, pobożna czy charyzmatyczna, ale ponieważ jestem wierna tym drobiazgom, na myśl o których tyle żon wzrusza pogardliwie ramionami. Kanapki do pracy dla męża, uśmiech po jego powrocie, obiad podany bez masochistycznej (i sadystycznej) miny, smsy pełne miłości i oddania, troska o to, by dom był dla Kuby po prostu  d o m e m - czyli miejscem, w którym on czuje się dobrze - to prosta recepta na to, by nie wylądować na stare lata jako zrzędząca, pogardzana przez własne dzieci jędza.

Zapewniam cię, że "więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu" (Dz 20,35). Jeśli więc wciąż jesteś niezadowolona, znudzona niekończącym się kieratem, to być może cechuje cię postawa biorcy? Nieustannie czekasz, aż los się do ciebie uśmiechnie i zwolni cię z obowiązków, o których niejedna samotna kobieta tylko marzy? Żona nastawiona na branie może dużo z siebie "dawać", ale czyni to po to, aby otrzymać coś w zamian; wykonuje swe obowiązki bez wewnętrznego przekonania, bez odniesienia do wyższych wartości - nic więc dziwnego, że czuje się rozgoryczona, zawiedziona i wiecznie niedoceniona.

A być może jesteś najzwyczajniej w świecie przemęczona? Nierzadko najlepszym lekarstwem na życiowy marazm jest zdemaskowanie prawdziwej przyczyny rozczarowania. Czego ci tak naprawdę brakuje? (Wypisz to). Następnie zobacz, co możesz zrobić, aby to osiągnąć. Być może brakuje ci spotkań z przyjaciółmi? Zatem - spotkaj się z nimi. Wycieczki rowerowej? Zaplanuj ją. Głębszej relacji z Bogiem? Zacznij się modlić! Rozwijania talentów? Rozejrzyj się, jak mogłabyś je lepiej wykorzystać! Snu - zorganizuj sobie czas na dodatkowy sen dla zregenerowania sił.

Ja tak postępuję i bynajmniej nie walczę o to z moim mężem na śmierć i życie. Po prostu robię, co do mnie należy, a z efektów mych starań najbardziej zadowolony jest właśnie Kuba - zamiast kłębka nerwów ma bowiem u swego boku żonę spokojną, wypoczętą i odprężoną. Równocześnie ma on głębokie przekonanie, że na jedno jego słowo jestem w stanie zrezygnować z wszystkiego, co akurat bym chciała w tym momencie zrobić. To daje mojemu mężowi komfort bycia najważniejszym w moim życiu. Naprawdę, każdemu mężczyźnie na ziemi życzę takiej satysfakcji - być z kobietą niezależną, przekonaną o swym wewnętrznym bogactwie i sile, a jednocześnie łagodną, oddaną i pełną szacunku!

To wszystko wymaga ode mnie wysiłku, nieustannej pracy nad sobą, poznawania siebie i swoich mocnych oraz słabych stron. Dlatego nigdy się nie nudzę, bo na drodze życia duchowego wszystko jest walką (zauważ, jak często święci przechodzili przez okresy zniechęcenia oraz  ciemnej nocy, w której brakowało im światła i pociech charakterystycznych dla początkujących w wierze).

Małżeństwo jest sakramentem, więc zapewniam cię, że zły duch będzie wkładał w twe serce poczucie znużenia i zniechęcenia, aby cię zniszczyć. Wiedz jednak, że to (tylko i aż!) pokusa. Dlatego uważaj! Im bardziej będziesz czuła, że mdli lub skręca cię na widok twojego męża, tym promienniej się do niego uśmiechaj, tym częściej proponuj mu herbatę lub coś dobrego do przekąszenia, a może nawet drzemkę po pracy? Bądź miła dla jego przyjaciół, nawet jeśli ich nie znosisz i dla jego mamy, nawet jeśli ona nie znosi ciebie. Wypowiedz do niego jakieś miłe słowo czy komplement, a także szczerze doceń w obecności dzieci. I pamiętaj, to nie jest obłuda... To dopiero miłość - oparta na woli i wyborze, a nie na uczuciach, które (zwłaszcza u kobiet) zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Czy wyobrażasz sobie wyczynowego sportowca nieustannie narzekającego  na konieczność długich i intensywnych treningów? Lub pianistę, który na widok fortepianu marzy jedynie o tym, aby usiąść i poczytać książkę? Albo lekarza, który od wielu lat żyje niepogodzony z faktem, że musi pracować podczas dyżurów nocnych czy weekendowych? Każde zobowiązanie rodzi konkretne konsekwencje w życiu tego, kto je podjął. I o ile zawód, hobby czy pasję można porzucić czy zmienić, to małżeństwo jest zadaniem na całe życie, i to w dodatku dwadzieścia cztery godziny na dobę! Jeśli podejdziesz do niego z ambicją, odwagą, pasją i zapałem, to zapewniam cię - nie zaznasz nudy ani rutyny.

Niejedna żona pod płaszczykiem rozczarowania małżeństwem (a co za tym idzie: swoim mężem!) ukrywa tak naprawdę własną pospolitość, bierność i brak większych życiowych aspiracji. Za żadne skarby świata nie zamieniłabym moich słodkich "kajdan" na możliwość robienia co chcę, kiedy chcę i jak chcę. Małżeństwo nie ogranicza, ale zobowiązuje. Do czego? Do kochania, szanowania i doceniania męża! Satysfakcja i szczęście gwarantowane, "bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je" (Mt 16, 25-26).

Twój stosunek do męża jest tym, za co pewnego dnia podziękują ci wasze dzieci. Życzę ci zatem wyobraźni zdolnej przeniknąć Boży pomysł odnośnie twojego życia!





36 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Stepford to koszmarny film. Nie mylić z chrześcijaństwem
      Ilona

      Usuń
  2. :) Stepford nie ma n i c wspólnego z Ewangelią, w której zawiera się wielkość i piękno mojego powołania. Dlatego proszę zgadywać dalej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy wiesz, jak bardzo (pomiędzy wierszami) gloryfikujesz własną postawę? W tym konkretnym poście. Nie, nie czynię Ci z tego zarzutu. Robisz to bowiem z takim wdziękiem, że tylko gratulować. Dobrego rozeznania tudzież skutecznej realizacji. Mówię to z uśmiechem, by uświadomić Ci, jak bardzo nadajesz się do swojej roli. Umiesz pouczać tak, by nikt nie czuł się połajany. Doceniasz siebie i nie obawiasz się promować swego. W kontekście takich cech osobowych, postawa Twa wobec męża jawi się jeszcze większym darem. Ale i dobrą inwestycją, jeżeli wiesz, co mam na myśli:-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Budują mnie Twoje słowa. Od takiej osoby jak Ty chętnie przyjęłabym także krytykę, bo wiem, że byłaby ona dla mojego rozwoju. Pozdrawiam :)!

      Usuń
  4. gotowanie prasowanie blabla a co on robi takiego dla ciebie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mąż robi dla mnie WSZYSTKO!

      Zachęcam każdą żonę, by z radością wykonywała swoje obowiązki oraz by potrafiła okazywać mężowi wdzięczność za jego trud i poświęcenie na rzecz rodziny.

      http://2ryby.pl/film/partnerstwo-w-malzenstwie/

      Usuń
  5. w rzeczywistosci jest inaczej:( brakuje mi jego wsparcia i zazdroszcze mu optymizmu:( ciagle przygnebienie i placz mnie doluja:( moje malzenstwo po 10miesiacach sie rozpada...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę o maila. Z tak krótkiego wpisu ciężko bowiem cokolwiek wywnioskować. Mogę natomiast obiecać swoją modlitwę. Ilona

      Usuń
  6. Bardzo lubię rolę żony i matki. Uwielbiam zajmować się domem, dziećmi i mężem, jestem pełna optymizmu. Z opisu wynika, że robię dokładnie wszystko jak piszesz. Niestety mój mąż nie robi dla mnie nic, kompletnie nic, uważa, że on ma prawo wychodzić, wyjeżdżać, imprezować ... zawsze beze mnie, obraża mnie i poniża słowem przy dzieciach i znajomych. Starałam się jak mogłam, kolacja przy świecach, dbanie o siebie, o męża, masaż, uwodzenie, oglądnięcie filmu, wszystko kończyło się jego marudzeniem, odburknięciem, przykrym słowem. Każda sytuacja małżeńska i charakter człowieka są inne, mój mąż na prawdę nie docenia moich starań, pracy optymizmu i wspierania go. Dla mnie nie robi nic ... o przepraszam ... daje mi "jeść" jak on to mówi i to mi powinno wystarczyć :( Ja użyłabym w tej chwili sformułowania : "gdybym miała innego męża ..." bo ileż można żebrać o rozmowę, pocałunek, bycie razem, o miłość ...
    TY po prostu trafiłas na dobrego człowieka, który cieszy się z takiej żony, mój M szuka imprez szaleństw i dlatego na koniec wszystkiego znalazł sobie kochankę z którą się przede mną nie kryje :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę pozwolić sobie na złość, gniew i żal. Ponieważ Pani mąż zachowuje się jak duże dziecko, a nie jak dorosły człowiek. Te wszystkie uczucia można wyrazić w dwojaki sposób - pełen miłości i szacunku (do męża i siebie samej) lub w sposób, który dzieli i rani. Mąż potrzebuje napomnienia i opamiętania, ale przede wszystkim dużo Pani pozytywnej modlitwy. Polecam Pani lekturę książki "Cenniejsza niż perły, czyli jak mądra żona pomaga mężowi osiągnąć pełnię męskości" G. Thomasa. Nie! To nie będzie książka o tym, ile jeszcze powinna Pani zrobić, aby zasłużyć na męża uznanie. Lecz o tym, co może Pani zrobić dla męża, aby uratować jego duszę. On może przyjąć to zaproszenie albo odrzucić. Ma wolną wolę i może nadal zmierzać donikąd.

      Jeśli chodzi o mnie, jestem głęboko przekonana, że nie trafiłam przypadkowo na dobrego człowieka. W poszukiwaniu męża - że się tak wyrażę - byłam owszem romantyczna, ale również jak najbardziej rozważna. Od początku bowiem zadawałam sobie pytanie, czy jest to człowiek, który potrafi przyjmować moją miłość. Piszę o tym, ponieważ wiele kobiet wybiera mężczyzn ze względu na miłość, którą oni im dają, a nie zadają sobie pytania, czy ci mężczyźni będą potrafili przyjmować ich spontaniczną, czułą, oddaną miłość.

      Nie chcę absolutnie sugerować, że dokonała Pani złego wyboru, lecz podkreślić fakt, że zdecydowała się Pani na takiego człowieka, czy po ślubie aż tak się zmienił? A może przeoczyła Pani jakieś symptomy, które mogły wskazywać, że nie jest to człowiek, przy którym będzie mogła Pani dzielić swój życiowy optymizm.

      Mimo to proszę nie rezygnować! Proszę szukać pomocy, może we wspólnocie Sychar, może w przykościelnych poradniach życia rodzinnego. Szukając pomocy, proszę pamiętać o tym zdaniu z Ewangelii:

      "Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?" Mt 16,26.

      Usuń
    2. To dlaczego nie dasz sobie spokoju z takim draniem? Ja już dawno kopnęłabym go wiadomo gdzie. Nie dość, że Cię wcześniej tak wyzyskiwał(no nie, nie powiem "wykorzystywał, to zbyt mało powiedziane w tym wypadku), to teraz dodatkowo robi Ci ostatnie świństwo zdradzajac Cię.
      A po Twojej postawie widać, że zasługujesz na kogoś dużo, dużo bardziej wartościowego niż on. Przede wszystkim na kogoś, kto naprawdę będzie Cię kochał. Jak widać, te wszystkie opisane zabiegi nic nie dają, gdy druga strona jest skończonym egoistą i zwyczajnie to wykorzystuje. Radzę Ci rozstać się z nim jak najszybciej. Nie wierzę, że kiedykolwiek jeszcze będziesz z nim szczęśliwa.

      Usuń
    3. Myślę, że nie chodzi o takie postawienie sprawy. Kopnąć drania i po sprawie.

      Są jeszcze dzieci, jest nadzieja, jest jakieś wspólne życie, skoro autorka wpisu decyduje się na walkę. A że ją przegrywa? A może w Bożej perspektywie - wygrywa?

      Nigdy nie wiemy, jak sprawa wygląda, jeśli nie wysłuchamy dwóch stron. Jeśli jednak wierzyć tylko tej jednej, to pozostaje się porządnie zezłościć na fakt, że moja miłość jest deptana i zdecydować: albo kochanka albo ja.

      W przeciwnym wypadku będzie to życie w zakłamaniu - ze świadomością, że mąż zdradza, a ja udaję, że wszystko jest w porządku.

      Pielęgnowałabym również wiarę w to, że małżeństwo przetrwa ten kryzys, w przeciwnym wypadku może się okazać, że mąż się opamięta, ale nie będzie miał już do kogo wrócić.

      Musimy pamiętać: miłość bez szczerości jest kłamstwem, lecz szczerość bez miłości może być zwykłym draństwem.

      Powodzenia!

      Usuń
    4. A ja jestem zdania że tak, właśnie o to chodzi, z tym kopaniem(to ja tu o tym ostatnio pisałam)
      Tak, jest wspólne życie, dlatego, że po prostu oni są dalej razem, to oczywiste, ale co z tego? Tak, są dzieci, ale jaki ma sens ciągnięcie małżeństwa tylko dlatego, że one są? To co, udawać przed nimi, jak to tatusiowi i mamusi dobrze się ze sobą żyje? To dopiero jest zakłamanie. :( A dzieci w końcu i tak założą swoje rodziny, jeśli będą dobrze kształtowane, to będą miały własne, szczęśliwe życie, a co pozostanie ich rodzicom?

      Nie wiem, czy autorka jest zdecydowana na kontynuację związku, moim zdaniem jej wpis nie wskazuje jednoznacznie na to, żeby była zdecydowana na jakiekolwiek rozwiązanie.

      "w przeciwnym wypadku może się okazać, że mąż się opamięta, ale nie będzie miał już do kogo wrócić."

      Oczywiście, tu się zgadzam z Tobą, może się wtedy tak okazać. Ale znowu-co z tego? To ma się opamiętać po to, aby ugrać dla siebie wygodniejszy układ(bo ciągnięcie tego jest dla niego wygodne, jakby nie patrzeć), czy w trosce o swoją moralność? Bo jedno oczywiście wyklucza drugie.
      I z jakiej racji mamy dostosowywać rozwiązanie do tego, co bardziej odpowiada akurat tej stronie, która krzywdziła? Przecież to bardzo, bardzo niesprawiedliwe, czyli też sprzeczne z jakimkolwiek, nawet najbardziej podstawowym systemem wartości.

      Napisałam, że nie wierzę, że ona jeszcze kiedykolwiek będzie z nim jeszcze szczęśliwa.
      Jeśli tak rzeczywiście by się okazało, to czy nie to jest samym sednem problemu? Co w takim wypadku zmieni to, że on się poprawi? Czy ona ma być do końca życia nieszczęśliwa w małżeństwie, do końca życia niespełniona, rozżalona/sfrustrowana, pozbawiona naprawdę silnej, głębokiej więzi z nim, niby razem, ale w dużym stopniu osobno, i w dodatku powodem tego wszystkiego ma być to że "on następny raz jej nie zdradzi"? Przepraszam bardzo, ale to już totalny absurd! No chyba że coś źle zrozumiałam, czego nie wykluczam.

      Trudno mi tu oceniać, jak to dokładnie wygląda z Bożej perspektywy. Jednak jestem przekonana, że Bóg chce dla człowieka szczęścia.

      Usuń
    5. Ojej, przepraszam, trochę pospieszyłam się w swojej uwadze na temat zamieszczania postów, a pewnie po prostu trzeba dłużej poczekać, na zweryfikowanie, czy wszystko z nim w porządku.
      Przepraszam raz jeszcze.

      Usuń
    6. Dlatego właśnie Kościół Katolicki dopuszcza separację, a nawet rozwód cywilny, jeśli jest on jedynym sposobem zabezpieczenia pewnych słusznych praw, opieki nad dziećmi czy obrony majątku (Katechizm Kościoła Katolickiego 2383).

      Mi bardziej chodzi w moich odpowiedziach o podkreślenie roli, jaką żona ma do wypełnienia poprzez trwanie w WIERNOŚCI (co nie musi oznaczać bycia razem pod jednym dachem w przypadku toksycznego zachowania ze strony męża). A także o podkreślenie tego, jak wielką KRZYWDĄ jest rozwód - zarówno dla małżonków, dzieci, jak i dla całego społeczeństwa.

      Potrzeba tu dużej rozwagi, modlitwy i mądrego wsparcia, by umiejętnie ocenić sytuację i by rozeznać, na ile zachowanie męża jest wynikiem zatwardziałości serca i zimnego wyrachowania, a na ile efektem wewnętrznego pogubienia, które dla niego samego jest wielką tragedią.

      To bardzo trudny temat i na pewno na dłuższą rozmowę.

      Dziękuję za Twój głos, nie musimy się we wszystkim zgadzać, ale na pewno zgadzamy się w tym, że w sytuacji, którą Czytelniczka opisuje "należy coś zrobić".

      Chodzi mi jednak o nastawienie: chronię siebie, ale jednocześnie zachowuję szacunek do drugiego człowieka. Chronię siebie, ale też pytam, czy zrobiłam wszystko, aby moje małżeństwo uratować. To jest odpowiedzialność, a także proaktywne nastawienie: "Chcę. Decyduję. Wybieram".

      Pozdrawiam i przepraszam za zwłokę w umieszczeniu komentarza i w odpowiedzi na niego.

      Usuń
    7. Złość mnie bierze kiedy czytam takie bzdury. Mam męża, troje dzieci z którymi radzić muszę sobie sama, kiedy wszystko muszę robić wszystko sama bo mąż pracuje. A moja praca w domu się nie liczy bo nie mam z tego pieniędzy. I co droga autorko bloga masz do powiedzenia?

      Usuń
    8. 1. Pani praca w domu bardzo się liczy.
      2. Nie musi Pani robić wszystkiego sama - jeśli potrzebuje Pani pomocy, należy o nią poprosić lub porozmawiać z mężem o wprowadzeniu zmian, dzięki którym wszystkim domownikom będzie się lepiej żyło.
      3. Pani dzieci bardzo potrzebują Waszej wzajemnej miłości: szacunku, uśmiechu, o którym piszę w artykule. Trzeba działać, ponieważ życie jest krótkie. Nie dostosowywać się, ale poprzez przemianę siebie przemieniać innych.
      4. Teraz jest Pani ewidentnie przemęczona i osamotniona w swoich obowiązkach - Pani OBOWIĄZKIEM jest zadbać o siebie, bo w przeciwnym wypadku codzienność nie będzie źródłem dumy i radości, ale drogą przez mękę.

      Więcej nie mogę napisać, ponieważ nie znam Pani indywidualnej sytuacji. Co mogę poradzić? Lekturę książki "Cenniejsza niż perły" - rozdział o tym, jak sprawić, aby mąż bardziej zaangażował się w dom oraz rozdział na temat, w jaki sposób wypełniać swoje obowiązki.

      Także codzienna modlitwa jest bezcennym lekarstwem - pozwala rozróżnić egoizm od tego, co jest wołaniem zrozpaczonego serca.

      Pozdrawiam, Ilona


      Usuń
  7. Wszystko fajnie a zycie inaczej sie toczy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W jakim sensie inaczej się toczy?

      Nie musimy powielać błędów naszych rodziców, rodzeństwa, znajomych czy sąsiadów?

      Możemy żyć namiętnie, twórczo i na przekór tym wszystkim, którzy mówią: "i tak się nie uda...."

      Usuń
  8. jakie bzdury........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zależy od czytającego. Ja raczej dostrzegam bzdury w ogólnodostępnych mediach: tych jedynie "poprawnych" i "powszechnie obowiązujących". To one często "wychowują" żony i matki, dla których miłość równa się uczucie, a nie wybór, wola, postawa itd. W tych mediach młode dziewczęta zachęcane są do rezygnowania ze swojej godności i do oddania się młodym, nieodpowiedzialnym chłopakom ("kult uczucia zakochania"). A żony uczone są buntu przeciw swoim mężom oraz do użalania się nad swoim biednym, kobiecym losem. Smutne...

      Usuń
  9. piękny artykuł
    poświadczam że to prawda. Moje małżeńśtwo dzwignełam z ruiny. Teraz bardziej kocham męża a widziałam już same wady, kocham swoją kobiecość kocham sprawiac mu przyjemność, a co dostaję dokłądnie to co pisze autorka WSZYSTKO Kiedyś Pulikowski powiedział ze dopuki żona nie zacznie dbac o męża a mąż o żonę nic z małżeństwa nie będzie. Niestety w wielu małżeństwach w tym w moim było tak że mąż dbał o siebie a ja o siebie. Przysiegam na Boga że jeśli zaczniecie tak robic WY poczujecie się szczęśliwe i uszcześliwicie swoich mężów - nie musze chyba mówić jak w takkiej sytuacji będą czuły się dzieci? a teraz co macie ? swoje poczucie krzywdy i rozpacz - a to tylko od Was zależy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam serdecznie!

      Rozumiem, jak ważna jest dla Pani ta sprawa, jednak uwrażliwiam, aby raczej nie składać na Boga niepotrzebnej przysięgi. Zwłaszcza, że uznaję Panią za prawdomówną, a tym samym Pani komentarz przyjmuję jako prawdziwy. Wobec powyższego nie ma konieczności wzmacniać go taką przysięgą, jak zresztą uczy nas na ten temat Pismo Święte oraz Katechizm Kościoła Katolickiego.

      Co do samego świadectwa - dziękuję za te słowa umocnienia, wsparcia i otuchy. Potrzebujemy takich świadków, potrzebujemy nadziei, potrzebujemy radości z bycia żoną, kobietą, mamą, córką, siostrą - Człowiekiem!

      Z Bogiem

      Usuń
  10. Ma Pani rację, ta przysiega była niepotrzebna. Chyba poniosły mnie emocje i bardzo chciałam powiedziec kobietom jak bardzo ich szczęście zalezy od tego co wybiorą same
    Z Panem Bogiem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba pod tym wzgledem jestesmy podobne. Gdy na czyms mi zalezy, czesto trace glowe: ) ale podoba mi sie Pani entuzjazm i prostota. Pozdrawiam i obiecuje modlitwe!

      Usuń
  11. Podziwiam Cię szczerze, jesteś dla mnie inspiracją i przypomnieniem o zasadach, którymi chciałam się kierować, a które zaniedbuję. Ten artykuł jest fenomenalny, wiesz? Dwa dni temu było mi strasznie ciężko, nie radziłam sobie z emocjami, płakałam razem z dziećmi, oddałam to Panu Bogu prosząc Go o pomoc, jakies światełko, jak mam się uporać ze swoim zmęczeniem i osamotnieniem - odpowiedział mi tymi słowami "więcej jest szczęścia w dawaniu..." A teraz czytam Twoje słowa, pięknie to rozwinęłaś, a przede wszystkim uświadomiłaś, że to może być sprawka złego, który czuje tu mój słaby punkt...I nie chodzi o męża, ale raczej codzienną monotonię i brak docenienia. A przeciez nie o to chodzi. Dzięki i wszystkiego dobrego dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  12. Wspaniały blog :)
    Mam nadzieję, że kiedyś znajdę taką żonę, bo w dzisiejszych czasach to niestety ze świecą szukać ludzi o katolickich wartościach. Pozdrawiam i dużo błogosławieństwa życzę.
    Marek :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Pięknie Pani pisze o roli żony. Znam Biblię, wszystkie przytoczone wersety i opis dzielnej żony z księgi Przysłów. Teorię mam opanowaną do perfekcji i żadne dyrdymały z masmediów mnie nie zwiodą................ Nie dam się urobić na modłę rozbuhanych seksem i zdradą reklam i świata celebrytów, bo to bagno. Wartości z Biblii są dla mnie ponadczasowe i święte. I co z tego......? Tak, to sarkastyczne pytanie, ale mimo moich starań (28 lat małżeństwa i dorosłe dzieci) jest coraz gorzej. Mój mąż zawsze zarabiał na rodzinę, ja oczywiście też. Nie zdradzał mnie poza pasją do pornografii, nie bił. Niby wszystko ok. Niby. Mimo mojej naprawdę nieprzebranej pomysłowości, energii i wzorowej wierności on nie ma żadnych pomysłów. Telewizor, rybki, piwko, po którym dostaje małpiego rozumu i dopóki nie zaśnie, to marudzi i obraża wszystkich w koło. Gdy zorganizuję cokolwiek on zawsze znajdzie powód, by w tym nie brać udziału. Na przykład umówię spotkanie ze znajomymi albo kupię bilety do kina, on nie idzie. Dzieci pytają się mnie czemu się jeszcze nie rozwiodłam, bo "mnie szkoda z takim typem". Ja odpowiadam, że małżeństwo polega na wspieraniu się i że będę męża ciągnęła za uszy, by go ratować i wspomagać jak mogę. Mam pewność tego, że "gdy jedno spada w dół, drugie ma ciągnąć ku górze". I ciągnę.............Efekt...on ściąga mnie w dół. Jestem tak samotna i emocjonalnie coraz dalej od niego. Miłość???? Pozostała taka jak do ludzi, zawsze trzeba ludzi wspierać i być dla nich dobrym i jestem dobra dla niego. Tylko dlaczego mi tak smutno? Powiem na koniec, że choć nas na to stać i ja bardzo chcę jechać na jakieś wakacje (jestem typem włóczykija i "starą harcerką), to na nie nie jeździmy, bo jak pomyślę sobie, że wydam kasę i wrócę znów niezadowolona i zmęczona szarpaniem się, bo on jeszcze się nie rozpakuje a już kupi piwko, bo jest przecież na wakacjach, to po co mam jechać. Nadmienię, że ja naprawdę jestem pełna życia, mam swoje zainteresowania, sama nauczyłam się języka obcego. Wszyscy w koło uważają mnie za osobę energiczną, odważną i wręcz przebojową. Pomysłów mi nie brak...Tylko z kim mam je realizować........... Brzydka nie jestem i żaden problem znaleźć kochanka. Tylko ja bym czuła do siebie obrzydzenie, to nie dla mnie.Prawo Boże są ważne i już. I co, pozostała mi samotność we dwoje. Gdy o tym myślę to widzę czarną dziurę, coraz czarniejszą. Światełka w tym tunelu nie ma. Teoria nie przekłada mi się na życie...............Ach, to się wypłakałam. Chyba tego potrzebowałam. Znajomym nie mogę powiedzieć, bo oni mają udane małżeństwa i dawaliby mi dobre rady, które ja znam na wylot.

    OdpowiedzUsuń
  14. Wspaniały tekst. I jak prawdziwy i prosty do spełnienia. Wystarczy porzucić 99% swojego egoizmu a 1% zostawić, czyli dbałość o wygląd. Mimo przeciwności można żyć szczęśliwie, nawet bez bogactwa.

    OdpowiedzUsuń
  15. Trafiłam na ten artykuł przypadkiem-nieprzypadkiem. Nie sądziłam że w ogóle takie strony jak twoja Ilono, istnieją w Polsce. Bo o macierzyństwie owszem dużo jest. Ale o powołaniu do bycia żoną?
    Kiedy żyła jeszcze moja babcia, jej córki u niej właśnie zasięgały rad czy szukały wsparcia w razie nieporozumień czy kryzysów małżeńskich. I babcia dzieliła się swoją kobiecą mądrością i wiarą. Np gdy jedna niedawno zamężna córka, rozgoryczona i rozczarowana małżeństwem stanęła na progu matczynnych drzwi z tobołkiem, babcia zapytała: Wracasz na chwilę czy na zawsze? Bo jeśli jednak nadal chcesz budować swą miłość z mężem, to wracaj do męża i z nim wyjaśniaj.
    Babcia uważała że kobieta w dużej mierze ma wpływ na jakość swego małżeństwa. Wiele razy słyszałam jej: A ty zgódź się i zrób po swojemu, nie czepiaj się, przyjmij że on nie jest tobą bo każdy jest inny, co ci szkodzi przyjąć jego zdanie.
    Teraz chyba rzadziej znajdujemy takie kobiece wsparcie. Prędzej można usłyszeć: zostaw go; przecież tobie się też coś należy.
    Pod tym względem twoja strona czy posługa wydaje mi się wyjątkową. Pozdrawiam i życzę zdrowia oraz wsparcia w tym co przed tobą (cokolwiek będzie).

    OdpowiedzUsuń
  16. jestem,zona matka, i kocham ten stan jednak dotyka mnie bol i krtyka

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja mam podobny problem, otóż nie czuję się w małżeństwie doceniana. Mąż cały czas szuka rozrywek poza domem, nie mówi mi, że mnie kocha. Ja popadłam już w depresję (stwierdzona przez lekarza), mimo brania leków nie poprawia się, a na terapię dostanę się za kilka miesięcy. Jak przeżyć ten czas?

    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, po prostu skup się na sobie nie na nim. Bo faceci nie znoszą marudzacych kobiet. To według nich oni są biedni i pokrzywdzeni. My mamy być zawsze silne. Pokazywanie słabości działa na mężczyzn przed ślubem. Żadnej depresji! To ty zdecyduj, że masz mieć dobry nastrój. Poplacz 5 minut i się zaraz ogarnij i rób coś dla siebie. Zawsze bądź zadbana. Zawsze!! Nie załuj sobie coś kupic. On musi zobaczyć, że sobie radzisz! A Czy on się zmieni? Wielka niewiadoma . ALE TY Z MIENISZ SIĘ NA PEWNO NA LEPSZE! On wychodzi z domu to ty nie płacz tylko zaproś koleżankę na pogaduchy, idź do fryzjera czy włącz po prostu ulubioną muzykę i poszalej przy niej, zrób sobie przyjemność. Bo teraz to on się bawi twoim kosztem a ty płaczesz. Po co? Swoją drogą od pani blogerki można chyba wymagać, że gdy kobieta w desperacji pisze do niej o swych problemach, by wykazała odrobinę choć udawanego zainteresowania....

      Usuń
  18. świetne rady również przypadkowo trafiłam na ten blog jestem żoną od 14 lat oraz matką trójki dzieci w moim życiu bywa różnie ale się nie poddaję zawsze walczę o swoje dobre relacje z moim mężem pomimo jego ciągłej nieobecności ,często modlę się praktycznie codziennie jest takie powiedzenie'modliłam się o dobrego męża ,on nie więc ma to co ma' naprawdę czasami jestem dla niego zbyt surowa ,a po przeczytaniu kilku wypowiedzi stwierdzam ,że muszę dużo zmienić w sobie ,tak .Nie raz jest mi ciężko ,ze płaczę ale on tego nie zauwarża narazie jest pępkiem świata ,a ja jego otoczką ,ale teraz juz chyba będzie lepiej .Zgodzę sie z tym że rany z przeszłości w moim przypadku jest to dzieciństwo mogą naprawdę przeszkadzać w życiu to powraca często i wtedy robi się przykro pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  19. Jakie fajne miejsce stworzyłaś dla nas - Kobiet- w dobie wzorców i poradników tak odległych od Bożego zamysłu dla małżeństwa.
    Wiem, że miłość z początku znajomości nie będzie taka sama jak ta w długim związku. Ale... gdzie się podziały te motyle, te kroki stawiane 20 cm nad ziemią, gdzie to uczucie, które towarzyszyło pierwszemu pocałunkowi? Czy jest jeszcze nadzieja? Że wrócą...

    OdpowiedzUsuń