środa, 22 kwietnia 2015

Jak zraniona osoba może stworzyć zdrowe małżeństwo?!

  
Nadesłane przez Martę z Żona & Mąż
www.zonaimaz.com


Każdy z nas nosi w sobie rany. Niektórzy małe. Inni większe.
Wiele z nich dotyczy dzieciństwa, okresu dorastania. Nieobecni lub krzywdzący ojcowie. Kontrolujące lub nieakceptujące nas matki.
Rodzeństwo, które w złości wykrzyczało o wiele słów za dużo. Doświadczenia przemocy psychicznej i fizycznej.
Bardzo zranieni ludzie, którzy zranili nas.
Może był to chłopak, którego bardzo kochałaś, a który odszedł bez słowa. Może ktoś cię bardzo wykorzystał?
Każdy z nas nosi w sobie rany.

Często boli tak mocno, że nie chcemy do tych ran wracać. Wolimy zakopać je głęboko, zamknąć w odległej komnacie naszego serca i udawać, że nie istnieją. Oszukujemy się, że ‚to nic’. Stało się, życie toczy się dalej. Jakoś muszę sobie przecież poradzić. I to przynosi chwilową ulgę.
Ale nie uleczenie.
Pewnego dnia się zakochujemy. Jest cudownie. Wszystko idealnie się układa. No to może by tak małżeństwo? Dlaczego by nie?

Dlatego, że ktoś, kto ma chore serce, chorą duszę, nie jest w stanie stworzyć zdrowej relacji.

Jak to?!
Zanim pojawiłam się w życiu T., pewna dziewczyna bardzo go zraniła. On przymierzał się do przeprowadzki do innego kraju za nią, myślał o oświadczynach. W tym samym czasie okazało się, że ona go cały czas oszukiwała. Zdradziła go i ośmieszyła. Dla niego to było tak, jakby ktoś wyciął mu kawałek serca, rzucił je na podłogę i jeszcze na koniec mocno je podeptał. Znacie to uczucie?
Takie wydarzenia (i gorsze) zostawiają nasze serce w mocno nadszarpniętym stanie. Jak możemy w udawać, że to nie ma na nas później wpływu?
Początki mojej znajomości  z T. nie były łatwe. Dlatego, że on cały czas nosił w sobie obraz tamtej relacji. Bał się zaufać, był mniej pewny siebie. Ciężko mu było uwierzyć, że ja go też nie zostawię. W końcu, po roku w takim związku, oboje wiedzieliśmy, że jego przeszłość mocno nas blokuje – przeszkadza w budowaniu zdrowej, szczęśliwej relacji.
Poprosiliśmy kogoś o modlitwę. T. oddał w tej modlitwie swoje zranienie Bogu. Poprosił Go o całkowite uzdrowienie. Powiedział wtedy, że poczuł się, jakby dosłownie ktoś zdjął z niego niewidoczny ciężar. A ja w końcu miałam chłopaka (wkrótce potem narzeczonego), który był gotowy naprawdę zaangażować się w naszą relację, bo przeszłość nie miała już nad nim kontroli!
Wyobrażacie sobie co by było, gdybyśmy powiedzieli sobie TAK, zanim on uporałby się z tą raną?Jak wyglądałyby początki naszego małżeństwa? Ja próbowałabym wymóc na T., żeby okazywał mi miłość, ale on nie potrafiłby tego robić (przynajmniej nie na ‚mój’ sposób), bo byłby ciągle związany swoją przeszłością. Byłby pewnie zazdrosny o każdy mój kontakt z osobnikiem płci przeciwnej, wyczuwając w nich zagrożenie. Bałby się otworzyć przede mną, w obawie, że też, tak jak tamta dziewczyna (błogosław jej Panie!) – wykorzystam go i oszukam.
zanim wezmiesz slub
Ja – gdybym pewnego wieczoru, na 3 roku studiów, nie oddała mojej przeszłości i ran Bogu i nie otrzymała od Niego uzdrowienia i całkowitej wolności – byłabym zupełnie inną żoną.
Nie potrafiłabym do końca kochać T. Nie wiedziałabym jak. Dlatego, że sama tej miłości do końca nie zaznałam – nie potrafiłabym mu jej okazać. Bardzo łatwo byłoby mu mnie zranić – bo każde jego słowo skierowane przeciwko wywoływałoby zaraz burzę w mojej głowie (‚on mnie już pewnie nie kocha’, ‚kim ja jestem, żeby on mnie kochał?’, ‚jestem nikim’) i naszym małżeństwie. Miałabym poczucie, że cały mój świat się wali. T. musiałby co chwilę udowadniać mi swoją miłość na różne (najlepiej moje!) sposoby – inaczej czułabym się zagrożona w naszej relacji. I tak dalej, i tak dalej.
Brzmi znajomo?
Tak – bo wiele z nas nosi w sobie zranienia, które blokują nasze relacje, nie pozwalają im być takimi jakie mogłyby być.
Jeśli jesteś na etapie podejmowania decyzji o małżeństwie – nie twierdzę absolutnie, że powinnaś poczekać, aż ty i twój chłopak staniecie się jak Jezus zanim weźmiecie ślub… (czyt. idealni i bez skazy). To oczywiste, że każdy z nas ma wady; cechy charakteru nad którymi musimy jeszcze sporo popracować. Daleko nam wszystkim do ideału (mi na pewno!). I to jest OK.
ALE jeśli jeszcze nie powiedzieliście sobie TAK – a widzisz, że on zmaga się z poważnymi zranieniami, które wpływają na to kim jest teraz i jak się zachowuje – to warto się zastanowić, czy chcesz, żeby twoja relacja od początku była na tym budowana. Czy nie lepiej byłoby wejść w małżeństwo jako zdrowi, wolni ludzie? Ze zdrowym, wolnym człowiekiem? Ile czasu, łez i nieprzespanych moglibyście sobie zaoszczędzić jako żona i mąż?
Oczywiście istnieje w tym wszystkim ryzyko… Bo co jeśli widzisz, że twój chłopak zmaga się z pewnymi kwestiami, potrzebuje uzdrowienia, ale nie chce go otrzymać? Musisz wtedy zadać sobie pytanie – czy chcesz związać się na całe życie z ‚chorą’ osobą, której rany prawdopodobnie będą wpływać negatywnie na wasz związek?
Oczywiście nigdy nie jest za późno – i On zawsze na nas czeka – gotowy przynieść wolność i nowe życie – ale musisz liczyć się też z tym, że niektórzy ludzie nigdy z tej oferty nie skorzystają. I co wtedy? Czy jesteś gotowa dzielić z nim życie – takim jakim jest teraz? 
A może ty sama czujesz, że są jeszcze kwestie z którymi się nie uporałaś? Nie odkładaj tego na później.
On puka do naszej samotności. Puka do naszych smutków. Puka do zdarzeń, blisko związanych z tym, co nam się zdarzyło, gdy byłyśmy młode – zdrada, odrzucenie, wykrzyczane złe słowa, utracony związek. Puka do wielu tych miejsc i czeka byśmy pozwoliły Mu wejść.”   
‚Urzekająca. Odkrywanie tajemnicy kobiecej duszy’ John & Stasi Eldredge
Pozwól Mu dać ci nowe serce. Tak, będziesz ciągle pamiętać o twoich zranieniach i osobach, które wyrządziły ci tę krzywdę. Ja też pamiętam. Ale zamiast trzymać się ich kurczowo, pozwalając na to, żeby te rany sterowały tym kim jesteś – twoimi decyzjami, twoimi wyborami (‚a co jeśli nikt inny mnie nie pokocha?’) – pozwól, żeby to On przejął kontrolę nad twoim życiem. A wtedy motywem twoich decyzji nie będzie strach (przed odrzuceniem, przed samotnością, przed ośmieszeniem, przed bólem) – ale Jego miłość do ciebie i do innych.
Bo spowoduję, że zabliźnią się twoje rany i uleczę cię z twoich ciosów – mówi Pan – chociaż nazwali cię Odrzuconą, o którą nikt się nie troszczy.  Jeremiasza 30,17
Co jeśli czytasz ten tekst i jesteś już żoną człowieka z ranami? Lub sama je masz? Proszę nie trać nadziei! On jest i czeka tylko aż się zwrócimy do Niego o pomoc – chce dać nam coś lepszego niż życie w bólu, kłamstwie i rozgoryczeniu. On chce dać Ci małżeństwo, w którym króluje wolność – wolność do tego, żeby być sobą, żeby kochać i być kochanym.
Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni. Izajasza 53:5
Nie jesteśmy idealni. I często ten proces uzdrowienia trwa. Ja – mimo, że wiem, że w Nim jestem nowym człowiekiem – „stare przeminęło, wszystko stało się nowe (2 Koryntian 5.17) – to ciągle, na co dzień, muszę przecież o tym pamiętać – i świadomie podejmować decyzje w oparciu o tę prawdę – a nie w oparciu o kłamstwa, które ktoś chce mi wmówić.
Dlatego właśnie tak bardzo potrzebujemy Ducha Świętego w swoim życiu, żeby każdego dnia, małymi kroczkami pomagał nam stawać się bardziej jak Jezus.
Potrzebujemy być codziennie wypełnieni Jego miłością – żeby akceptować wady i potknięcia naszej drugiej połówki. I żeby zdać sobie sprawę, że my sami nie jesteśmy bez winy, ale, że z Jego pomocą możemy razem – tacy nieidealni – iść przez życie. Bo On wypełnia nasze braki, On wypełnia wszystkie luki w naszym charakterze. I to jest cudowne.


5 komentarzy:

  1. Wspanialy tekst, dal mi duzo do myslenia i wyjasnil mi moje zachowania. Dziekuje!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękujemy za wartościowy, szczery wpis. Pozdrawiamy serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja jestem właśnie takim zranionym człowiekiem, bardzo źle wpływa to na moje małżeństwo. Prosiłem Boga o uzdrowienie, odmawiałem różaniec, ale im bardziej prosiłem, tym bardziej moje rany dawały o sobie znać. Im bardziej ufałem, tym więcej pojawiało się nowych, przykrych rzeczy. Moja rodzina stanęła na krawędzi, nie umiem sobie z niczym poradzić, a modlitwa okazała się zmarnowanym czasem. Rozumiem, że Bóg to nie św. Mikołaj, ale dlaczego im więcej się modliłem, tym więcej zła przychodziło i tymwięcej złaczyniłem? Krzywdze swoich bliskich, pomoc tylko u psychoterapeuty. Nikogo, kto by usiadł i porozmawiał. Tracę wszystko. Jestem psychicznym i moralnym wrakiem. Do tego przykład kilkunastu "natchnionych" katolików, którzy na co dzień publicznie wychwalają pod niebiosa wiarę (głównie swoją) a nie szanują swoich bliskich, zamiast nadstawić drugi policzek, odrzuacają przyjaciół, jedna moja znajoma nawet ostro zrugała swego ojca za jakieś głupoty, a potem powiedziała "Chwała Panu, że taka rozmowa się odbyła". Przestałem wierzyć. Większość życia byłem głęboko wierzący, starałem się nieść krzyż. Mam dosyć. Wierzę, że ktośwskazał mi złą drogę, oszukał. Ta zła droga to wiara. Nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Modlitwa to tylko dobijanie własnej psychiki. Przykro mi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ufaj Panu, On przeprowadzi Cię przez to doświadczenia "rozpadu własnego ja" - przejście z poziomu religijności do etapu duchowości czyli doświadczenia relacji z Panem. Na tej drodze nie ma co zaniedbywać modlitwy. Módl się: "Jezu, ratuj" i czekaj na Jego przyjście... +

      Usuń
  4. Piękny teskt. Również otrzymałam Nowe Życie w Chrystusie i wciąż proszę Pana o łaskę wiary dla męża. Moje małżeństwo zaczyna pięknięć ale najpierw musiałam zacząć od Siebie. Widzę teraz że mój mąż czuł się nie kochany. Nie potrafiłam dać Mu pięknej miłości gdyż sama takiej nie znałam. Dopiero Pan Jezus nauczył , uczy mnie tego uczucia którym mogę się dzisiaj dzielić

    OdpowiedzUsuń